Wezwali policjanta. Rozpoczęły się procedury – wyjaśnienia, chwilowe zatrzymanie paszportów, pytania. Nie musiałem krzyczeć ani dźgać słowami. Wszystko działo się w zimnym świetle przepisów, gdzie prawo i papier mówią prawdę. Stałem z daleka, trzymając w dłoni dowód mojej pracy, a serce biło mi mocno. Nasze dziecko nawet o tym nie wiedziało.
W drodze do domu minęłam sklep, w którym kupiłam chleb. Poranne słońce prażyło mnie, a na ulicy ludzie szli do pracy, jakby nic w moim życiu się w tej chwili nie skończyło. Ale dla mnie ta chwila była zerwaniem. Nie szukałam zemsty dla przyjemności; szukałam sprawiedliwości. Nauczyłam się czegoś istotnego: godności nie da się negocjować ani kupić.