To był Mark, mój były mąż.
Nie był sam. Obok niego stała kobieta, z ustami zaciśniętymi w irytującą linię. To musiała być Bella, kobieta, która ukradła mi Marka. Czas jej również nie oszczędził. Jej niegdyś mocno umalowana twarz była teraz pomarszczona, zmęczona i ściągnięta goryczą. Wyglądali jak para pokonana przez życie i wciąż nie chcąca się do tego przyznać.
Mark pokuśtykał w stronę recepcji i zaczął cicho kłócić się z urzędnikiem administracyjnym. Nawet z miejsca, w którym siedziałem, słyszałem chrapliwy głos. Zakaszlał kilka razy, głęboko i wilgotno – taki kaszel, jaki wydaje ciało, które już przegrywa wewnętrzną walkę.
Zamknąłem magazyn, położyłem go na stoliku obok siebie i wstałem. Wyprostowałem klapę marynarki i ostrożnie przeszedłem przez ścieżkę, którą musieli iść. Moje kroki były pewne. Odgłos moich obcasów rozbrzmiewał po marmurowej posadzce w miarowym rytmie.
Klik. Kłap. Klik.
Mark odwrócił się, słysząc ten dźwięk.
Jego oczy się zwęziły. Zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu. Na początku wydawał się zdezorientowany, prawdopodobnie myląc mnie z jednym z dyrektorów szpitala albo żoną specjalisty. Ale kiedy nasze spojrzenia się spotkały, dostrzegłam błysk rozpoznania na jego twarzy. Jego oczy się rozszerzyły. Usta rozchyliły.
„Eleanor?” powiedział w końcu niepewnie.
Zatrzymałem się i spojrzałem na niego bez uśmiechu. Żadnego ciepła, żadnego gniewu, tylko zimne spojrzenie, jakim obdarza się nieznajomego.
„Dawno się nie widzieliśmy, Marku” – powiedziałem.
Wydał z siebie krótki, protekcjonalny śmiech, dokładnie taki sam, jakiego używał, gdy chciał, żeby ktoś poczuł się mały. Trącił Bellę łokciem.
„Słuchaj, Belle” – powiedział. „To moja była żona. Ta, którą wyrzuciliśmy. Wow. Świetnie sprzątasz. A co ty tu robisz? Jesteś teraz w ekipie sprzątającej? Sprzedajesz ubezpieczenia?”
Krew zawrzała mi pod skórą, ale przygotowywałem się do tej chwili latami. Nie pozwolę, by emocje zniszczyły to, co zbudowała cierpliwość.
„Przyjechałem tu służbowo” – odpowiedziałem spokojnie.
Mark podszedł bliżej. Unosił się od niego zapach papierosów, stęchłego potu i czegoś leczniczego. Spojrzał na mnie tym badawczym, ohydnym spojrzeniem, którym zawsze posługuje się, gdy chce mnie upokorzyć.
„Jaki interes?” zapytał. „Sprzedajesz precle w stołówce?”