Kiedy się obudziłam, poczułam lekkie ciepło na dłoni. To była moja córka, siedząca na krześle z powiekami zaczerwienionymi od płaczu.
„Mamo… nigdy więcej nie odchodź” – wyszeptała do mnie.
Z trudem powstrzymywałam płacz. Dla nich musiałam być silna. Dla mnie jednak nadszedł czas, by przestać milczeć.
Następnego dnia Tudor wszedł na oddział. Miał opadniętą twarz, czerwone oczy. Nigdy go takiego nie widziałam. Powoli zamknął drzwi, nie trzaskając nimi. Tym razem to nie był szalejący huragan. To był cień.
„Mădălina… Ja…” zaczął, ale głos mu się załamał.
Spojrzałam na niego. Po raz pierwszy od lat nie bałam się. Nie byłam winna. Nie byłam „pijawką”. Byłam kobietą, która właśnie stanęła na krawędzi śmierci.
„Tudor, naprawdę nie mogę już tego znieść”.
Przełknął ślinę i usiadł na krześle obok łóżka.