Nikt nie wstał.
Ani mój mąż.
Ani jego siostra.
Nawet dzieci.
Tylko widelce się poruszały, talerze opróżniały, a ja leżałam na podłodze, ból pulsował, a cisza wydawała więcej hałasu niż krzyk.
Wtedy zrozumiałam coś prostego i bolesnego.
Nie byłam już zapraszana do tej rodziny. Byłam ledwie tolerowana.