Mój przyjaciel napisał do mnie: „Dzisiaj nocuję u Laury, nie spodziewaj się mnie”

Zamknęłam oczy i na sekundę wstrzymałam oddech. To był moment, w którym kiedyś interweniowałabym z pytaniami, wyjaśnieniami, nadziejami. Ale nie byłam już tą samą kobietą.

„Nie. Nie mamy już o czym rozmawiać”.

Milczał przez kilka sekund, po czym wyszeptał:

„Mirela… Nie chciałem cię stracić”.

To był pierwszy raz, kiedy poczułam potrzebę uśmiechu. Smutny, ale wyzwalający.

„Nic nie straciłaś, Andriej. Poddałaś się”.

Znów próbował usprawiedliwić swój gest, ale odłożyłam słuchawkę, zanim zdążył utonąć w kłamstwach. Bez wahania powstrzymałam go i odłożyłam telefon na stolik nocny. Położyłam się w zimnym łóżku, ale po raz pierwszy od dawna nie czułam się samotna. Dom był tylko mój, spokój był tylko mój, przyszłość była tylko moja.

Rano obudziły mnie promienie słońca przebijające się przez zasłony i dziwne uczucie: nic mnie nie bolało. Poczułam nawet ulgę. Zrobiłam sobie ulubioną kawę, nie dzieląc się nią z nikim, i zamiast myśleć o tym, co lubi, zrobiłam sobie smażone jajka, których zapachu nigdy nie znosił.