Tuż nad linią pieluchy na dolnej części brzucha widniała ciemna, spuchnięta plama. To nie była wysypka. To nie był znamię.
To był siniak.
Głęboki fioletowy siniak w kształcie odcisków palców.
Poczułem, jak krew zamarzła mi w żyłach.
Moje ręce zaczęły tak drżeć, że niemal wypuściłem napy pieluszki. Moja głowa krzyczała jedno słowo w kółko:
Ktoś mu zaszkodził.
Noah znów zawył, a dźwięk poderwał mnie na równe nogi. Nie wahałem się. Wziąłem go, owinąłem w koc i pobiegłem do samochodu.
Nie zadzwoniłem do Daniela. Nie zadzwoniłem do Megan.
Pojechałem prosto do szpitala, modląc się, że się mylę… i przerażony, że tak nie jest. Droga do szpitala wydawała się dłuższa, niż w rzeczywistości.
Płacz Noaha wypełniał samochód, ostry i łamiący, każdy kolejny wbijający się głębiej w moją pierś. Co chwilę zerkałem na niego w lusterku wstecznym, moje serce biło tak mocno, że czułem to w uszach.
„Trzymaj się, kochanie,” szepnąłem, moje ręce mocno trzymały kierownicę. „Babcia wzywa pomoc.”
Gdy dotarłem do wejścia oddziału ratunkowego, nawet nie zająłem się odpowiednim zaparkowaniem. Wziąłem Noaha w ramiona i pobiegłem przez przesuwane drzwi.
Pielęgniarka przy recepcji natychmiast wstała.