Konta były na moje nazwisko.
Oszczędności z pensji Gheorghe’a, z czynszu za mały lokal w centrum i z mojej emerytury – wszystko było moje.
Valeria i Sebastian mieszkali tam, bo im otworzyłam drzwi.
Bo „jesteśmy rodziną”.
Tej nocy nie spałam.
Nie płakałam.
Po prostu myślałam.
O niedzielach z sarmale.
O Bożym Narodzeniu, kiedy szyłam nowe zasłony.
Jak siedziałam przy łóżku Gheorghe’a w szpitalu i obiecałam mu, że zaopiekuję się dziećmi.
Ale nigdy nie prosił mnie, żebym dał się zdeptać.
Tego ranka, punktualnie o 9:00, bank zadzwonił do Sebastiana.
Byłem na dole w kuchni, kiedy zawibrował jego telefon.