Otworzyłam szeroko okna. Zimne, jesienne powietrze wdarło się do domu, przynosząc ciszę i ożywienie. Hanna roześmiała się i pobiegła korytarzem.
Tego wieczoru usiadłyśmy razem przy kuchennym stole, zapaliłyśmy świecę i zjadłyśmy ciepłą zupę.
„Mamusiu” – zapytała – „czy ten dom jest już tylko nasz?”. „Tak, kochanie. I nikt cię już nigdy nie wyrzuci”.
Uśmiechnęła się. To był szczery uśmiech, jak u dziecka, które w końcu poczuło się jak w domu.
I zrozumiałam, że czasami spokój nie bierze się z zemsty, ale z odzyskania swojego życia, krok po kroku, bez nienawiści. Tylko z godnością.