„Ty… możesz ruszać nogami?”
Wzdrygnął się, jakby moje pytanie było policzkiem.
„Nie jestem pewna… W szpitalu mówili, że to trwałe. Ale czasami… Czuję mrowienie, pieczenie, jakby prąd przepływał przez moje kości. Nikomu nie powiedziałam. Nie chcę już brukowców. Nie chcę niczyjej litości.
Łzy napłynęły mi do oczu. Po raz pierwszy nie widziałam w nim zimnego człowieka, ale człowieka zdruzgotanego bólem i wstydem. Usiadłam obok niego ostrożnie i powiedziałam cicho:
— Przysięgam na życie, nikomu nie powiem.
W ciągu następnych dni cisza między nami się zmieniła. Nie była już przepaścią, lecz zaufaniem. Zaczęłam przynosić mu herbatę, pomagać mu w tajemnicy ćwiczyć, dodawać mu otuchy. Na początku patrzył na mnie z ukosa, nieufnie, ale powoli jego wzrok złagodniał.