Mam 75 lat, całe życie mieszkałam w Tennessee i jestem przyzwyczajona do podrywania tych, od których się odwracają. Nie tych „idealnych”, nie tych „wygodnych”, ale tych, którzy nie mają dokąd pójść: zapomnianych, zmęczonych, złamanych.
Tak oto Pearl i Buddy, dwa małe psy ze schroniska, trafiły do mojego domu. Ich tylne łapy są ledwo sprawne, więc zamiast biegać jak inne psy, mają zgrabne małe kółka. Nie biegają po podwórku jak inne psy. Toczą się do przodu, a ich wózki cicho stukają po chodniku. I oba merdają ogonami, jakby na świecie panowała tylko radość.
Jak reagują ludzie?
Najczęściej przechodnie uśmiechają się na nasz widok. Dzieci machają, niektóre zatrzymują się, żeby zapytać o nasze imiona, a inne po prostu kiwają głowami z serdecznymi wyrazami twarzy. Czujesz w sercu, że ludzie rozumieją to, co najważniejsze – ta dwójka przetrwała i nauczyła się na nowo ufać światu.