Marlene pochyliła się bliżej, a jej głos stał się ostrzejszy. „Albo się ich pozbędziesz... albo ja dopilnuję, żebyś się ich pozbył”.
A potem odwróciła się i poszła do domu, jakby powiedziała coś uprzejmego, a nie niegrzecznego. Patrzyłem, jak drzwi się zamykają, i poczułem ucisk w piersi. W głowie kołatała mi się tylko jedna myśl: „Panie, daj mi cierpliwość”.