— Eleno? — wyszeptał ktoś.
Powoli wstałem. Wyprostowałem plecy.
— Dziękuję, Komandorze.
Wszyscy patrzyli teraz na mnie. Nie jak na zapomnianego krewnego. Ale jak na kogoś, kto się liczył.
Tata otworzył usta, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Po raz pierwszy w życiu nie potrzebowałem jego aprobaty. Już ją miałem — wypisaną na ramionach, zdobywaną latami.
Ja też zasalutowałem. Wyraźnie. Zdecydowanie.
Potem wyszedłem.
Tej nocy nie czułem triumfu. Poczułem spokój. Wiedziałem, kim jestem.