Wiatr znów uniósł lawendę. Długo patrzyłam na niego, czując coś dziwnego – spokój i odrodzenie splecione ze sobą.
Nie wiedziałam, co przyniesie jutro, ale w tej chwili jedno wiedziałam na pewno.
Moje zmęczone serce wciąż mogło powiedzieć „tak”.
Byliśmy jeszcze przy stawie, gdy za nami rozległy się szybkie kroki. Odwróciłam się i zobaczyłam Bryce’a i Camille nadchodzących z napiętymi twarzami, jakby spieszyli się, żeby ugasić pożar. Jej sukienka zaczepiła się o trawę, ale nie przejęła się tym. Pociągnęła Bryce’a za sobą.
„Mamo, natychmiast” – powiedział Bryce cicho, ale drżącym głosem. „Musimy porozmawiać”.
Wypuściłem powietrze, nie ruszając się z miejsca. Obok mnie Seb stał nieruchomo, wpatrując się w dwójkę dzieci zmierzających w naszym kierunku.