Poczułam zimny ucisk w plecach.
Otworzyłam kopertę. Stos papierów. Terminy medyczne, kwoty, inicjały. Rachunek na ponad 18 000 lei. Dla kogoś z niespłaconymi ratami i bez oszczędności to było jak wyrok.
Wzięłam głęboki oddech, ale powietrze nie chciało nabrać powietrza.
Moja mama siedziała na schodach przed budynkiem mieszkalnym, tuląc do piersi swój drogi płaszcz – również kupiony w okresie spłaty rat – po raz pierwszy w życiu. Po raz pierwszy w życiu wyglądała na małą. Bezradną.
„Simonie, wiem, co dla nas zrobiłaś. Wiem, ile na to pracowałaś. Wiem, że cię skrzywdziłam. Spojrzała w górę. „Ale już nikogo nie mamy”.
Czułam w sobie dwie walki: starą, która chciała uciec, przestać cokolwiek słyszeć, chronić swoje w końcu wolne życie… i drugą, głębszą, cięższą, która wiedziała, że bez względu na to, ile błędów popełnili, pozostali moimi.
Usiadłam obok niej, niczego nie dotykając.