Nauczycielka oskarżyła ucznia o kradzież przed całą klasą i zażądała pieniędzy od jego ojca, by „załatwić to po cichu” – ale nie wiedziała, że ojciec jest pułkownikiem.
Telefon zadzwonił, gdy właśnie mruczałem coś pod nosem, próbując przykręcić z powrotem krzywe drzwiczki kuchennej szafki. Śruba nie chciała wejść, śrubokręt się wyślizgiwał, a cierpliwość mi się skończyła.
Numer szkoły wyświetlił się na ekranie. Odebrałem, trzymając telefon między ramieniem a uchem.
– Czy jest pan ojcem Alejandro Garcíi? – zapytał ostry kobiecy głos – niecierpliwy, pewny siebie.
– Tak. Co się stało?
– Pana syn dopuścił się kradzieży. Proszę natychmiast przyjść do sali B205. I, panie García, stanowczo sugeruję, by przyniósł pan gotówkę. Kwota nie jest mała. Jeśli nie chce pan, by sprawa trafiła na policję lub do opieki społecznej, możemy rozwiązać to tutaj.
Rozmowa się zakończyła.
W kuchni zapadła ciężka cisza. Śrubokręt wyślizgnął mi się z ręki i potoczył pod stół. Wpatrywałem się w ciemny ekran, a coś zimnego przepływało przeze mnie. Nie strach. Coś innego.
Alejandro nie mógł tego zrobić. Ma dwanaście lat. Odkąd jego matka zmarła trzy lata temu, sam robi sobie śniadanie, żeby „tata nie spóźnił się do pracy”. Kiedyś oddał znaleziony w galerii smartfon, choć sam marzył o takim. Nie ukradłby.