Nauczycielka oskarżyła ucznia o kradzież przed całą klasą i zażądała pieniędzy od jego ojca, by „załatwić to po cichu” – ale nie wiedziała, że ojciec jest pułkownikiem.

Włożyłem kurtkę z magazynu – tę, w której pracuję. Nie przebrałem się. W lustrze zobaczyłem zarost, zmęczone oczy, plamy oleju na rękawie. Niech zobaczą. Zwykły robotnik. Łatwiej zastraszyć.
Szkoła pachniała jedzeniem ze stołówki i środkiem dezynfekującym. Ochroniarz ledwo podniósł wzrok znad gazety. Wszedłem na piętro, pokonując po dwa stopnie naraz.
Drzwi do B205 były uchylone.
Alejandro stał przy tablicy, z opuszczoną głową. Jego plecak był wyrzucony na podłogę, zeszyty porozrzucane, piórnik otwarty. Jabłko, które dałem mu rano, leżało obok ławki, obite.
Ponad dwudziestu uczniów siedziało w ciszy. Niektórzy wyglądali na przestraszonych. Inni byli ciekawi.
Za biurkiem stała pani Carmen López – barczysta, nienaganne włosy, ciężkie pierścionki na palcach.
– Nareszcie – powiedziała, nie wstając. – Niech pan spojrzy na swojego syna.
Podszedłem do Alejandro i położyłem mu rękę na ramieniu. Wzdrygnął się.