Dwa dni później stali na werandzie swojej działki, owinięci kocami, i patrzyli w rozgwieżdżone niebo. Do północy zostało pięć minut. W domu trzaskał kominek, na stole stały kieliszki z szampanem, w piekarniku dopiekał się kurczak. Pachniało choinką, którą ubrali wczoraj, mandarynkami i świecami.
— Szczęśliwa? — zapytał Anton, obejmując żonę za ramiona.
— Bardziej, niż da się to wyrazić słowami — przytuliła się do niego. — Wiesz, ciągle myślę… Gdybyś wtedy nie zadzwonił do Swiety, gdyby oni przyjechali…
— Nie przyjechali. I nie przyjadą. To jest nasze miejsce. Nasze.