„Swieta wszystko opowiedziała. Jestem tobą bardzo rozczarowana. Nie spodziewałam się takiej twardości od własnego syna”.
Nie odpisał. Po prostu odłożył telefon na stół i podszedł do okna. Na zewnątrz padał śnieg, wielkie płatki powoli opadały na śpiące miasto. Gdzieś tam, czterdzieści kilometrów stąd, stał ich dom. Ciepły, przytulny, czekający na nich.
Drzwi się otworzyły. Anton odwrócił się i zobaczył Lenę. Stała w progu z zaczerwienionymi oczami, przygryzając wargę.
— Słyszałam — przyznała cicho. — Słyszałam, jak krzyczałeś.
— Zadzwoniłem do niej — powiedział po prostu. — Powiedziałem, że nie przyjadą.
Lena zrobiła kilka kroków w jego stronę, zatrzymała się, a potem nagle rzuciła się do przodu i objęła go tak mocno, że poczuł, jak drży.
— Przepraszam — szeptała, wtulona w jego pierś. — Przepraszam, że postawiłam cię przed takim wyborem. Wiem, jak trudno iść przeciwko rodzinie…
— Ty jesteś moją rodziną — Anton gładził ją po włosach. — Najważniejszą. I powinienem był to udowodnić wcześniej. Dużo wcześniej.
Stali tak, objęci, a za oknem wciąż padał śnieg. Telefon pikał od nowych wiadomości — zapewne Swieta pisała coś złośliwego, a mama wysyłała długie, pełne wyrzutów teksty. Ale Anton nawet na niego nie spojrzał.
— Naprawdę spędzimy Sylwestra we dwoje? — zapytała Lena, podnosząc na niego zapłakaną twarz.
— Naprawdę — pocałował ją w czoło. — Ty, ja, kominek i śnieg. Tak jak marzyłaś.
— To będzie skandal na lata, wiesz o tym?
— Niech będzie. Za to po raz pierwszy od pół roku naprawdę odpoczniemy. Razem. W naszym domu.

Lena uśmiechnęła się przez łzy i jeszcze mocniej go objęła.