Nigdy nie powiedziałem szwagierce, że jestem pułkownikiem w wywiadzie wojskowym; myślała, że ​​jestem po prostu „spłukanym weteranem”. Wróciłem wcześniej do domu na piąte urodziny córki i zastałem ją zamkniętą na klucz. Jej drobne ciało płonęło gorączką, gdy szeptała: „Ciocia Sarah powiedziała, że ​​nie mogę wejść – zarazię jej dziecko”. Nagle wylano na nas wiadro lodowatej wody. Sarah głośno się roześmiała. „Najszybszy sposób na zbicie gorączki. A teraz weź to brzemię i idź”. Pobiegłem z córką do szpitala i wykonałem jeden telefon: „Spotkanie u mnie. Target zamknięty”.

Jesienny wiatr wył wśród rozłożystych dębów posiadłości Blackwood, zrywając liście i rozrzucając je niczym złote monety po idealnie przystrzyżonym trawniku. To była wspaniała posiadłość: pięć akrów ziemi, rezydencja w stylu kolonialnym i garaż na trzy samochody, w którym obecnie mieściła się kolekcja narzędzi, farb olejnych i ja sam.

Stałem pod maską mojego Forda F-150 z 2004 roku, ciężarówki, która widziała więcej pól bitewnych niż większość żołnierzy, choć dla osoby postronnej była niczym więcej niż zardzewiałym wiadrem. Dokręcałem napinacz paska, dłonie miałem umazane smarem, a na sobie miałem wyblakłą szarą bluzę z kapturem z dziurą na łokciu.

Dla świata zewnętrznego byłem Johnem Blackwoodem: bezrobotnym, pozbawionym motywacji i w dużej mierze bezużytecznym. Człowiekiem, który rzekomo żył z jałmużny swojej odnoszącej sukcesy szwagierki.

W armii amerykańskiej byłem pułkownikiem Johnathanem Blackwoodem, dowódcą Specjalnego Oddziału Rozpoznawczego 75. Pułku Rangerów. Ale teraz byłem na przepustce, dochodząc do siebie po ranie od odłamka w udzie, która wciąż pulsowała, gdy robiło się zimno.