Tak jak zawsze.
Tango podnosił swoją twarzyczkę.
Spokojnie.
Wiernie.
Jak w tamtą pierwszą noc, kiedy pojawił się w mokrym pudełku, by uratować człowieka, który jeszcze nie wiedział, że musi być uratowany.
A Julián, patrząc na drogę, rozumiał w końcu coś, co bardzo bolało go zaakceptować wcześniej.
Jego żona nie wróci.
Smutek nie znikał.
Życie nie układało się całkowicie.
Ale nawet w popękanym mieście, na zmęczonej trasie i w sercu pełnym żalu, wciąż mogły usiąść obok siebie czułość i nadzieja.
Czasami w postaci szczeniaka.
Czasami z opatrzoną łapką.
A czasami jako jedyny powód, by ruszyć naprzód jeszcze jeden dzień