Gospodyni powitała mnie z wyćwiczonym uśmiechem i poprowadziła cichszym korytarzem. Dywan łagodził nasze kroki. Im dalej się cofaliśmy, tym cichszy stawał się hałas, jakbyśmy odchodzili od bezpiecznego miejsca.
Zatrzymaliśmy się przy drzwiach z napisem „Rezerwacja”. Zapukała lekko i otworzyła.
Gdy tylko wszedłem do środka, wiedziałem, że nie będzie kolacji.
Żadnych menu. Żadnych koszyków z pieczywem. Żadnych talerzy. Tylko długi, wypolerowany stół, szklanka wody na podstawce i schludny stos papierów rozłożony przed mężczyzną, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Obok niego, niczym rekwizyt, leżał zamknięty laptop.
Jason siedział po drugiej stronie stołu, wyprostowany, z twarzą zastygłą w wyrazie, którego używał, gdy chciał wyglądać na pewnego siebie. Trzydzieści dziewięć lat, włosy uczesane jak agent nieruchomości na billboardzie, dopasowana koszula z napisemsukcesnawet jeśli sukces był głównie grą. Nie wstał. Nawet nie podniósł wzroku od razu.
Jego żona, Courtney, siedziała obok niego – z zadbanymi paznokciami, o odcień za ostrej szminki, wzrokiem, który muskał mnie, jakbym była przeszkodą. Po jej drugiej stronie siedzieli jej rodzice, Harold i Jean, ubrani tak, jakby niedzielna msza przerodziła się w wieczór powszedni. Harold miał zaciśniętą szczękę. Dłonie Jean były złożone, jakby modliła się o cierpliwość.
Na samym końcu, lekko pochylony, ze wzrokiem utkwionym w słoje drewna, jakby chciał w nich zniknąć, siedział mój młodszy syn, Ryan.
Sześć twarzy. Sześć par oczu wpatrzonych we mnie.