„Trzy”, Harold.
„Cztery”, Jean.
„Pięć” – odparł Andrew, którego uśmiech zniknął.
Moja ręka zawisła nad Ryanem. Spojrzał w górę, zaskoczony, jakby zapomniał, że jest widoczny.
„Sześć” – dokończyłem.
Jason otworzył usta, gotowy przerwać, ale nie dałem mu przestrzeni.
„Sześcioro z was” – powiedziałem cicho. „Sześcioro ludzi, którzy myślą, że krążycie wokół rannego zwierzęcia”.
Oczy Jasona pociemniały. „Mamo, to nie jest…”
Uśmiechnęłam się. Nie tym uprzejmym uśmiechem obsługi klienta, który nosiłam od lat. Nie tym spiętym uśmiechem sąsiadki. Czymś ostrzejszym. Czymś, co należało do innej wersji mnie.
„Zabawne” – powiedziałem spokojnym głosem. „Bo przyniosłem tylko jedną”.