Skinąłem głową w stronę drzwi.
Dokładnie w tym momencie rozległo się mocne pukanie. Klamka się przekręciła. Wszystkie głowy zwróciły się w stronę wejścia.
Gospodyni odsunęła się i weszła kobieta, jak się spodziewano — bo tak właśnie było.
Miała pięćdziesiąt kilka lat, grafitowy garnitur, okulary w czerwonych oprawkach nisko na nosie, a pod pachą trzymała skórzane portfolio. Jej obcasy stukały o twarde drewno jak znaki interpunkcyjne.
„Przepraszam, że przerywam” – powiedziała, spokojna jak stal. „Natalie Porter. Adwokat Helen Pard”.
Twarz Jasona zbladła tak szybko, że aż się znudziła. Usta Courtney rozchyliły się, a potem zacisnęły w wąską linię. Harold i Jean wyglądali na zdezorientowanych, nagle zdając sobie sprawę, że mogli zostać wciągnięci w coś o wiele brzydszego, niż im powiedziano.
Ryan wyprostował się, a na jego twarzy pojawił się błysk ulgi.
Natalie położyła portfolio na stole i rozejrzała się po pokoju, jakby robiła inwentaryzację.
I w pewnym sensie tak było.