Minęło dwadzieścia lat. Dziewczęta nie były już bosonogimi dziećmi, lecz pewnymi siebie kobietami, ubranymi w białe mundurki, wykrochmalone koszule i epolety, które dodawały im siły i dumy. Kiedy stanęły przed ojcem, początkowo ich nie poznał. Zmęczone oczy mrugały z niedowierzaniem, jakby zobaczył ducha.
Ale potem głos jednej z nich przeniknął głęboko do jego duszy: „Ojcze, udało nam się. Chodź z nami”.
Starzec położył rękę na sercu. Był słaby, zgarbiony, ale w tej chwili zdawał się młodnieć. Jego ciężkie kroki stały się lekkie, a serce biło dziko. Zobaczył, jak jego marzenie chwyta skrzydła.