Czasami po prostu pojawia się, gdy człowiek jest zbyt zmęczony, aby dalej biec.
Tego popołudnia siedział za biurkiem z dokumentami, przeglądając stos nieaktualnych akt, które należało zdigitalizować. Jarzeniówki nad biurkiem cicho brzęczały, a stary ekspres do kawy przy drzwiach do korytarza charczał, jakby miał zapalenie oskrzeli.
Na zewnątrz, późnojesienne słońce sączyło się przez wysokie okna, a kurz leniwie unosił się w świetle.
Nathaniel potarł oczy.
Właśnie sięgał po kolejną teczkę, gdy drzwi kliniki zaskrzypiały i otworzyły się.
Na początku nie podniósł wzroku.
Ludzie ciągle wchodzili i wychodzili — emeryci, pracownicy administracyjni, a nawet sporadycznie zagubieni rekruci, którzy pomylili gabinet lekarski ze składem zaopatrzenia.
Ale potem usłyszał coś jeszcze.
Powolny dźwięk klikania.
Pazury o płytki.
Nathaniel spojrzał w górę.