Tuż za drzwiami stała starsza kobieta, chuda, ale wyprostowana, otulona wełnianym płaszczem z antracytu, który najwyraźniej był już wielokrotnie naprawiany. Jej siwe włosy były związane w luźny kok, a choć jej twarz miała delikatne rysy osoby po siedemdziesiątce, w jej postawie emanowała pewność siebie, sugerująca, że nie spędziła życia na kruchości.
Obok niej stał owczarek belgijski malinois.
Pies był stary.
Było to oczywiste po tym, jak jego pysk stał się całkowicie srebrny, i po tym, jak usztywniły mu się tylne nogi. Mimo upływu lat, w jego postawie pozostało coś niewątpliwie czujnego, zdyscyplinowanego i świadomego.
Pies pracujący.
Nathaniel od razu rozpoznał ten typ.
Kobieta powoli ruszyła w stronę recepcji, jedną rękę lekko opierając na grzbiecie psa, jakby oboje starali się utrzymać równowagę.
Gdy dotarła do lady, przyjrzała się twarzy Nathaniela w sposób, który sprawił, że poczuł się trochę nieswojo — nie była niegrzeczna, nie natarczywa, po prostu… badawcza.
Potem przemówiła.
„Przepraszam, proszę pana” – powiedziała cicho.
W jej głosie słychać było lekkie drżenie spowodowane wiekiem, lecz same słowa były precyzyjne.
„Mój pies ma taki sam tatuaż jak ty.”
Nathaniel mrugnął.