Wszystko wydarzyło się jak w zwolnionym tempie.
Główna lina nośna po mojej prawej stronie smagnęła powietrze i pękła pod napięciem. Most nie runął od razu, ale szarpnął gwałtownie, przechylając się o około czterdzieści pięć stopni w lewo.
„Mamo!” — krzyknęła Emma.
Nagłe przechylenie rzuciło nas na pozostałą barierkę. Spróchniałe drewno pod stopami Marka rozpadło się. Jego noga wpadła w dziurę, w miejsce, gdzie kiedyś była deska. Złapał się drutu, a jego twarz wykrzywiła się z bólu.
„Nie ruszać się!” — ryknął Mark, a głos mu pękł. „Nikt się nie rusza!”
W tej jednej chwili most przestał być mostem. Stał się przechyloną, drżącą, wiszącą w powietrzu konstrukcją, na której trzymaliśmy się jak na szkielecie.
Pozostała lina jęczała głęboko, tarcie metalu o metal wydawało odgłos, który czułam w kościach. Całość kołysała się na wietrze, zmuszając nas do jeszcze mocniejszego zaciskania palców na lodowatym żelazie.
„Mamo… spójrz na kotwicę”
„Kotwica…” — wyszeptał Caleb, a jego głos drżał. „Mamo, spójrz na kotwicę.”
Odwróciłam głowę w stronę brzegu, z którego przyszliśmy. Betonowy blok, który trzymał pozostałą linę, przesuwał się w błocie. Deszcz rozmiękczył ziemię. Korzenie drzewa, wokół którego owinięto konstrukcję, zaczęły się wyrywać.
My się przesuwaliśmy.