Cisza w pokoju stała się niemal namacalna. Monika siedziała, wczepiona palcami w krawędź stołu. Twarz miała bladą, usta drżały, ale nie płakała — jakby wszystko w środku zawaliło się jednocześnie, a łzy po prostu nie zdążyły napłynąć do oczu. — To… prawda?.. — powtórzyła głucho. Marek stał pośrodku pokoju, nie wiedząc, czy usiąść, czy podejść bliżej. Paulina nerwowo poprawiła kołnierz futra. — Monika, poczekaj… to nie tak… — zaczął.
„Płacił za niego syna, gdy jego własne dziecko chodziło w łachmanach”.