PŁACZĄCA NIEDŹWIEDŹ PRZYNOSI MĘŻCZYŹNIE SWOJE MARTWE SZCZĘŚĆ

Postawiłem obok niego termofor, improwizując źródło ciepła. Minuty mijały powoli. Niedźwiedzica wstała kilka razy, niespokojna, po czym znowu usiadła. Była pewna siebie. I to przerażało mnie bardziej niż cokolwiek innego.

Po chwili, która wydawała się wiecznością, młode wydało z siebie cichy dźwięk. Coś w rodzaju skomlenia. Poczułam, jak miękną mi kolana.

„Żyje…” – powiedziałam, bardziej do siebie.

Zadzwoniłam do górskiego pogotowia ratunkowego i do lokalnego nadleśnictwa. Głos mi drżał, gdy wyjaśniałam sytuację. Powiedzieli mi, żebym nie ruszała zwierząt, że wyślą ekipę, ale że to trochę potrwa. Droga była trudna.

Dopóki nie przyjechała, stałam tam, na ganku, między człowiekiem a dziczą. Niedźwiedzica powoli podeszła, dotknęła pyska swojego młodego i wydała głęboki dźwięk, niemal westchnienie. Nigdy nie zapomnę tego dźwięku.

Kiedy przybyli strażnicy, byli zdumieni. Jeden z nich powiedział do mnie cicho:

— Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Przyprowadzić młode do ludzi…