Po rozwodzie kupiła opuszczoną rezydencję gangsterów – to, co w niej

Pierwsza noc była zimniejsza, niż Helen się spodziewała. Stare kaloryfery jęczały, ale nie grzały. Rozpaliła ogień w kominku w salonie, używając paczki starych gazet i sosnowych polan, które zebrała w mieście. Ogień trzaskał i strzelał bardziej dramatycznie niż dawał ciepło. Ale to było coś. Siedziała po turecku na zakurzonym dywanie, trzymając kubek herbaty w dłoniach, a brzuch pod grubym swetrem unosił się jej do góry.

W powietrzu unosił się zapach stęchlizny, starego drewna, a może i bourbona. Nie potrafiła stwierdzić, czy to jej wyobraźnia, czy jakiś uporczywy duch dawno minionych imprez. Wtedy to usłyszała. Słabe uderzenie gdzieś na górze. Zamarła. Nie był to szum osiadającego domu, nie wiatr. Głuchy, celowy dźwięk, jakby coś ciężkiego zostało upuszczone, a potem wleczone.

Wstała powoli, a jej serce waliło w rytm ruchów dziecka. „Prawdopodobnie szop” – mruknęła do siebie. „Może opos albo duch z chorymi kolanami”. Wspięła się po wielkich schodach, których stopnie skrzypiały pod jej stopami. Latarka w telefonie ledwo przebijała się przez gęstą ciemność, ale podążyła za dźwiękiem do wschodniego skrzydła, gdzie wyblakłe tapety zwijały się ze ścian niczym starożytne zwoje.