Zamknąłem drzwi samochodu i spojrzałem na nich. Stali w kolejce przed bramą, jakby rażony piorunem. Nikt nic nie powiedział. Nawet Liviu. Trzymał w ręku torbę, a jego wzrok był zagubiony, niczym u dziecka pochłoniętego niedokończoną pracą domową.
Wziąłem głęboki oddech. Po raz pierwszy od dawna powietrze nie uciskało już mojej piersi.
— Dokąd teraz pójdziemy?! — krzyknęła Walentyna. — Nie mamy gdzie się zatrzymać!
— To nie mój problem — powiedziałem spokojnie. — Zgadza się, prawda?
Odpowiedź padła ciężko, niczym młot uderzający w kowadło.