Rano, gdy deszcz ustał, Sofia znowu wyszła. Podeszła do kiosku, zebrała monety z podłogi, zapytała. Zaoszczędziła 23 leje. Kupiła w aptece wodę, chleb i środek przeciwbólowy, skłamawszy, że to dla babci.
Kiedy wróciła, Andriej nie spał.
— Gdzie jestem? — zapytał przestraszony.
— Bezpieczny — powiedziała — Tyle, ile mogę.
Minęły dwa dni. Potem trzy. Sofia karmiła go, ukrywała, łajała, gdy chciał wstać. Czwartego dnia usłyszała, jak cicho płacze.
— Co się stało? — zapytała.
Andriej zacisnął pięści na kocu.
— Tata jest wielkim menedżerem. Ma pieniądze. Mnóstwo ludzi. Ale w domu… nikogo nie było. Ludzie, którzy mieli mnie chronić, bili mnie. Żebym nic nie mówiła. Żebym była grzeczna.
Sofia słuchała, nie przerywając. Rozumiała więcej, niż powinna w swoim wieku.