Syreny wyły jak nerwowe zwierzęta. Sofia zamarła na chwilę, po czym przyłożyła ucho do piersi Andrieja. Oddychał ciężko, ale żył. Tylko to się liczyło w tej chwili.
„Zostaniesz tutaj” – powiedziała. „Nie ruszaj się”.
Powoli wyszła na korytarz budynku, nasłuchiwała, a potem się odwróciła. Nikogo. Tylko deszcz i zapach mokrego betonu.
Tej nocy Sofia nie spała. Oczyściła mu rany tak, jak umiała: wodą, kawałkiem podartej koszulki, z troską, która nie pochodziła z książek, a z braku. Andriej czasami jęczał, a potem się uspokajał. Majaczył. Wymawiał imiona. Mówił „nie”. Mówił „ojcze”.