Radio brzęczało cicho, gdy przez przednią szybę mijały ją niekończące się pola — opuszczone stodoły, wybielone słońcem ogrodzenia, drogi, które zdawały się prowadzić donikąd.
Wtedy je zobaczyła.
Dwie wychudzone sylwetki siedziały przy drodze obok zniszczonych walizek. Ich ciała były pochylone do środka, ramiona opadłe, jakby ciężar świata w końcu je przygniótł.
Coś w piersi Corinne się skurczyło. Bez namysłu zwolniła i zjechała na pobocze.