Spojrzałem na niego i w tym momencie zrozumiałem jasno jedną prostą

„Nie zaprzeczam. Jesteś sprytny. Jak już mówiłem, widać, że mieszkanie jest w dobrych rękach”.

— Nie o to chodzi, Balázs. Nie chodzi o to, że jesteś sprytny. Chodzi o to, że nie ma tu ani jednego gwoździa, który wbiła twoja ręka. Nie ma ani jednego forinta, którego byś zarobił. Nie ma ani jednego dnia, żebyś stał przy mnie.

Jego uśmiech powoli zniknął.

„Wtedy przeprosiłem…” mruknął. „Oboje byliśmy zdenerwowani”.

— Nie przeprosiłeś. Powiedziałeś, że jestem nudny. Że chcesz lekkości. Że masz dość moich „problemów”. Pamiętasz?

Odwrócił wzrok.

Pamiętałam tę noc aż za dobrze. Sposób, w jaki się pakował. Sposób, w jaki nie patrzył mi w oczy. Sposób, w jaki powiedział: „Po prostu ruszyliśmy w różnych kierunkach”. Płakałam w łazience, żeby nasz syn nie widział. Nie miałam pojęcia, co dalej robić. Bałam się nawet otwierać ogłoszenia o pracę, bo myślałam, że sama niczego nie zdziałam.

A teraz stałam przed nim spokojna, opanowana, zrównoważona.

— Nie przyszedłeś do mnie, Balázs. Przyszedłeś do wygodnego życia. Do ciepłej kuchni. Do kanapy, na którą patrzyłeś wcześniej. Nie chcesz zaczynać od nowa. Chcesz się ustatkować.

Nagle wstał.

„Wszystko przekręcasz! Przyszedłem, bo zdałem sobie sprawę, że popełniłem błąd!”