„Nie” – powiedziałem cicho. „Przyjechałeś, bo nie masz gdzie mieszkać”.
W kuchni zapadła ciężka cisza. Herbata dawno wystygła.
Chodził tam i z powrotem, przesuwając dłonią po gzymsie, jakby już rozglądał się po przestrzeni.
„Nie” – powiedziałem cicho. „Przyjechałeś, bo nie masz gdzie mieszkać”.
W kuchni zapadła ciężka cisza. Herbata dawno wystygła.
Chodził tam i z powrotem, przesuwając dłonią po gzymsie, jakby już rozglądał się po przestrzeni.
„I co z tego?” – zapytał w końcu. „Ludzie popełniają błędy. Nigdy żadnego nie popełniłeś?”
Westchnąłem.
— Myliłem się. Ale zapłaciłem za swoje błędy.
W jego oczach nie było już łagodności, lecz irytację.
„Więc po prostu wszystko wymażesz? Nasze lata? Naszego syna?”
„Wymazałeś naszego syna, kiedy przestałeś dzwonić.”
To zdanie zrobiło na nim większe wrażenie, niż się spodziewałem. Zacisnął usta.
— Zadzwoniłem.
— Ani razu na pół roku, Balázs.
Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć słów.
Podszedłem do drzwi i je otworzyłem.