Călin pozostał lodowaty. Matei wyciągnął ręce w stronę dziewczynki, jakby chciał ją przytulić. Coś takiego nigdy wcześniej się nie zdarzyło.
– Chodź z nami na chwilę, Mario. Chyba zrobiłaś coś… czego nawet lekarze nie potrafili – powiedział Călin drżącym głosem.
Dziewczynka zgodziła się, zawstydzona, ale i zaciekawiona.
W samochodzie Matei nie spuszczał z niej wzroku. Maria śpiewała jej cicho, stukając paznokciem o brzegi pustej butelki w prostych rytmach, niczym w improwizowanej muzyce. Chłopiec lekko poruszył głową, jakby jego zmysły, uśpione przez tyle lat, zaczynały się budzić.
Kiedy ponownie dotarli do willi, Ernest właśnie wychodził na schody. Zobaczył dziewczynkę i zmarszczył brwi.
– Co się dzieje, Călin? Co się dzieje?
Kierowca nie zdążył odpowiedzieć. Matei wysiadł z samochodu sam, odwrócił się do Marii i słabym, ale wyraźnym głosem powiedział:
– Ma… ria.
Jedno słowo. Ale dla Ernesta było to jak eksplozja w piersi.