Przykucnąłem lekko, żeby móc patrzeć na nią, a nie na niego. „Idź po buty” – powiedziałem. „Idziemy na śniadanie na mieście”.
Ellie skinęła głową i pobiegła na górę, zadowolona, że może zrobić coś prostego.
Kiedy była już poza zasięgiem słuchu, wyprostowałem się. „To nie pomyłka” – powiedziałem. „To granica”.
Nozdrza mojego ojca rozszerzyły się. „Nie przeżyłbyś bez nas”.
Uśmiechnęłam się lekko, nie rozbawiona, tylko wyraźnie. „Już to zrobiłam”.
O jedenastej trzydzieści liczba telefonów od rodziców wzrosła. Słyszałem matkę w pokoju gościnnym, szepczącą do ciotki o tym, że jestem „niestabilny” i „niewłaściwie się czuję”. Słyszałem, jak ojciec opowiada komuś – prawdopodobnie wujkowi – że terapeuci i współczesne bzdury „wyprali mi mózg”.
Z Ellie jedliśmy naleśniki w knajpce pięć minut stąd, tej z lepkim menu i najlepszymi plackami ziemniaczanymi. Ellie rysowała na papierowej podkładce, a ja popijałem kawę i patrzyłem w okno, jakbym czekał na burzę.
W połowie jedzenia naleśników Ellie zapytała: „Gdzie będą spać babcia i dziadek?”
„Gdzie indziej” – powiedziałem łagodnie.
„Czy oni są bezdomni?”
„Nie” – powiedziałem. „Mają wybór. I nie twoim zadaniem jest się o nich martwić”.