Nienawidzą tu władzy. Grupa maszerowała pieszo wąską uliczką. W powietrzu unosił się zapach palonych śmieci i wilgoci. Grupa mężczyzn grała w kości o ścianę. Na widok Sebastiana i jego ochroniarzy zatrzymali się i splunęli na ziemię. „Zagubieni turyści” – zapytał jeden z nich. Mężczyzna z tatuażem na szyi blokował drogę. Opłata za przejazd jest wysoka. Ochroniarze Sebastiana sięgnęli po broń pod kurtki.
Napięcie wzrosło w jednej chwili. „Zejdź mi z drogi” – ostrzegł Sebastian lodowatym głosem. „Bo co? Zadzwonisz do tatusia?” – zadrwił mężczyzna, wyciągając nóż. Zanim Sebastian zdążył zareagować, Ibi zrobiła krok naprzód, z zaskakującą siłą odepchnęła ojca i stanęła twarzą w twarz z wytatuowanym mężczyzną. „Odłóż to, Marco” – powiedziała stanowczo. Mężczyzna zamrugał zdezorientowany. „Znasz moje imię? Sprzątnęłam bar, w którym kiedyś upijałeś się w piątki” – powiedziała Ivy, krzyżując ramiona.
Wiem, że masz chorą córkę w bloku czwartym i wiem, że jeśli tkniesz tego mężczyznę, przyjedzie policja i nic nie zostanie z tej dzielnicy. Tego chcesz dla swojej córki? Powoli zrobił znak pod nożem, patrząc na Ibi z rozpoznaniem. Sprzątaczka. Co ty robisz z tymi sępami? Szukał Eliasa, powiedziała Ibi, ignorując obelgę. Kaleka, jak mówią, jest w starym magazynie. Muszę się z nim zobaczyć. To sprawa życia i śmierci, Marco. Mężczyzna zawahał się, patrząc na banknoty wystające z kieszeni Sebastiana, ale potem spotkał błagalne spojrzenie Ivy.
„Elias to duch” – mruknął Marco. „Z nikim nie rozmawia. Mieszka w wieży strażniczej magazynu, po zachodniej stronie, ale uważaj, ma strzelbę i nie lubi gości”. „Dzięki” – powiedziała Ivy. Kiedy przejeżdżali, Sebastian spojrzał na córkę z mieszaniną podziwu i szacunku. „Skąd to wiedziałaś?” – zapytał cicho. „Czytasz raporty finansowe. Ja słucham ludzi” – odpowiedziała Ivy, nie zatrzymując się. „Chodźmy”. Dotarli do starego magazynu zbożowego 20 minut później.
To była kolosalna konstrukcja z zardzewiałego metalu, otoczona zniszczonym ogrodzeniem. Wiatr gwizdał przez dziury w murach. „Col, ty i twoi ludzie obstawcie obejście” – rozkazał Sebastian. „IV i ja wejdziemy na wieżę. To niebezpieczne, proszę pana” – zaprotestował Cole. „To moja córka i mój świadek” – powiedział Sebastian. „Nikt inny nie wejdzie”. Weszli w ciemność magazynu. Podłoga była usłana gruzem. Wspięli się po metalowej drabinie, która skrzypiała pod ich stopami przy każdym kroku.
Dotarłszy na górny podest, przed zamkniętymi stalowymi drzwiami, Sebastian gestem nakazał mu zostać za sobą. Zapukał w drzwi kostkami palców. „Eliasie!” krzyknął Sebastian. „Wiem, że tam jesteś, otwórz”. Nie było żadnej odpowiedzi, tylko szum wiatru. „Eliasie” – upierał się Sebastian. „Nie jestem policjantem. Przyszedłem porozmawiać o wypadku sprzed 23 lat. Przyszedłem porozmawiać o dziecku, które uratowałeś”. Po drugiej stronie drzwi rozległ się nieomylny dźwięk odbezpieczanego pistoletu.
„Odejdź” – rozległ się z wnętrza ochrypły, łamiący się głos. „Nie ma o czym rozmawiać. Martwi nie żyją”. Sebastian spojrzał na Ivy. Skinęła głową i podeszła do drzwi. „Nie wszyscy nie żyją” – powiedziała Ivy, przyciskając czoło do zimnego metalu. „Eliasie, żyję. Jestem dzieckiem w skórzanej kurtce. Jestem dziewczyną, którą zostawiłeś w sierocińcu”. Zapadła długa, ciężka cisza. Potem rozległ się odgłos nierównych, szurających kroków. „Kulawy leży” – wyszeptał głos.