Teraz żyjemy. Nadrobiliśmy stracony czas, ale najpierw musimy się gdzieś udać, przedstawić Evely, waszą córkę – powiedział Sebastian. Oficjalnie prywatny cmentarz rodziny Crossów był cichy. Prastare dęby rzucały cień na białe marmurowe nagrobki. Był słoneczny dzień, tak różny od burzy, która naznaczyła ich życie tak dawno temu. Sebastian i Charlotte szli trzymając się za ręce do centralnego grobu. Na nagrobku widniał prosty napis: „W Cross, ukochana żona”. Charlotte uklękła na trawie, dotykając dłonią zimnego marmuru.
„Cześć, mamo” – wyszeptała. „To ja, to Charlotte”. Sebastian został z tyłu, dając im chwilę prywatności, ale Charlotte gestem nakazała mu podejść bliżej. „Przepraszam, Evely” – powiedział Sebastian łamiącym się głosem. „Przepraszam, że nie mogłem cię ochronić. Przepraszam, że nie wiedziałem, że nasza córka żyje”. „Wiedziała” – powiedziała Charlotte, dotykając swojej kamei. „Wiedziała, że mnie znajdziesz, dlatego mi to dała, żeby droga powrotna do domu była oświetlona”. Charlotte zdjęła kameę i delikatnie umieściła ją na nagrobku.
Oddaję ci go, mamo. Wypełniłaś swoją misję. Nie, powiedział Sebastian, biorąc naszyjnik i zakładając go z powrotem na szyję córki. Chciałaby, żebyś go nosiła. To symbol, że miłość przetrwa śmierć. Symbol, że Krzyż nigdy się nie poddaje. Charlotte skinęła głową, a łzy spływały jej po policzkach, ale uśmiechała się. Wstała i spojrzała na ojca. „Mam pomysł”, powiedziała. „Chcę założyć fundację z pieniędzy z mojego spadku dla dzieci takich jak ja, dla dzieci zaginionych, które trzeba odnaleźć”.
I chcę, żeby zaadresowała to do silnej, współczującej kobiety, w którą stała się jej córka. „Brzmi idealnie” – powiedział. „Jak ją nazwiemy?” Charlotte spojrzała na grób matki, a potem na kameę na jej piersi. „Fundacja Evely” – powiedziała – „aby nikt więcej nie musiał czekać 23 lata na znalezienie domu”. Ojciec i córka objęli się w złotym świetle zachodzącego słońca. Duchy przeszłości w końcu zaznały spokoju. Przed nimi rozpościerała się jasna i pełna nadziei przyszłość.