Ironia losu.
Gdy w dniu przyjęcia podpisywałam dokumenty, jedynie potwierdzałam decyzję podjętą już wcześniej. Każdy podpis był jak zdjęcie ciężaru z serca.
Podczas gdy oni czekali na mój upadek, ja wyobrażałam sobie nowe zasłony w moim mieszkaniu, zapach świeżej kawy i ciszę należącą tylko do mnie.
Kiedy wyszłam z sali, chłodny wiatr uderzył mnie w twarz, ale nie zatrzymałam się. Wsiadłam do samochodu, włączyłam silnik, a stare piosenki z radia wypełniły przestrzeń. Łzy w moich oczach nie były z bólu — były z ulgi.
Następnego dnia Marek napisał: