„Naprawdę podpisałaś?”
Odpisałam krótko:
„Tak. I dziękuję.”
Kilka godzin później wspólne konto zostało opróżnione — dokładnie tak, jak się spodziewałam. Na szczęście już od niego nie zależałam.
Kolejne dni spędziłam spokojnie. Wstawałam wcześnie, parzyłam kawę i oglądałam wschody słońca. Zaczęłam znowu malować — coś, czego nie robiłam od lat. Kolory na płótnie mieszały się tak, jak moje życie: chaotycznie na początku, ale coraz piękniej.
Pewnego ranka otrzymałam list polecony od mojej adwokatki. W środku były oficjalne dokumenty rozwodowe — podpisane i opieczętowane. Pod nimi krótka notatka od Haliny:
„Mam nadzieję, że jesteś teraz szczęśliwa.”
Uśmiechnęłam się.
Nie czułam już złości. Tylko wdzięczność.