Chciałam uciekać, ale jego wzrok mnie zatrzymał. To było smutne, zmęczone spojrzenie, w którym nie widziałam nienawiści, tylko ból.
„Niech się pani nie boi…” mruknął, ledwo słysząc. „Coś pani upuściła”.
Mrugnęłam kilka razy z niedowierzaniem. Wyjął z podartej kieszeni małą, białą chusteczkę, którą rozpoznałam od razu: wypadła mi z torebki, kiedy wyjmowałam telefon.
Podał mi ją drżącymi rękami. Na palcach miał ślady zimna, starych ran i kurz.
„Czy ty… czy ty po prostu przyszedłeś mi to dać?” zapytałam, zawstydzona własnymi myślami.
Skinął głową. „Chciałem ci to tylko oddać. Nie chciałam cię straszyć…”
Przez chwilę wstydziłam się swojego strachu. Oceniałam go po ubraniu, po wyglądzie, nie myśląc, że jest też człowiekiem, tak jak ja.
Rozejrzałam się. Przejście dla pieszych było puste, a zimny jesienny wiatr zdmuchnął liście na asfalt.
— Dziękuję… — powiedziałam niemal szeptem. — Mogę ci coś dać? Może trochę pieniędzy na jedzenie…
Uśmiechnął się słabo, nie pokazując zębów. — Nie, nie dlatego za tobą poszłam. Ale… jeśli masz dodatkowy bochenek chleba, nie odmówię.
Otworzyłam torbę, wyjęłam bułkę, którą kupiłam w sklepie, i podałam mu ją. Wziął ją obiema rękami, jakby to była jakaś świętość.
— Niech Bóg da pani zdrowie. Nic dziś nie jadłam… — powiedział, a jego głos się załamał.
Poczułam gulę w gardle. Mężczyzna przede mną, który właśnie mnie przestraszył, właśnie… dusza zagubiona w cieniach miasta.