Nic nie powiedział. Stał przez chwilę w milczeniu, wciąż trzymając rękę na moim ramieniu, a potem powoli ją cofnął, jakby bał się, że jeszcze bardziej mnie wystraszy.
Chciałam uciec, ale jego wzrok mnie zatrzymał. To było smutne, zmęczone spojrzenie, w którym dostrzegłam nie nienawiść, lecz ból.
„Proszę się nie bać…” mruknął, ledwo słysząc. „Coś pani upuściła”.
Mrugnęłam kilka razy z niedowierzaniem. Wyjął z poszarpanej kieszeni małą, białą chusteczkę, którą rozpoznałam od razu: wypadła mi z torebki, kiedy wyjmowałam telefon.
Podał mi ją drżącymi rękami. Na palcach miał ślady zimna, starych ran i kurz.