—Ah, dopiero zaczynam —odparłam spokojnym, stanowczym głosem.
Po rozwodzie Cole wysłał cztery SMS-y i pozostawił dwie wiadomości głosowe, wszystkie rozproszone, pełne złości i rozpaczy.
Nie odpowiedziałam.
Mój prawnik był zdziwiony, spodziewał się, że „się uspokoję”.
Ale nie uspokoiłam się.
Zarejestrowałam wszystko, nie tylko to, co zrobili, ale i to, co zbudowałam. Pomalowałam sypialnię, spakowałam szlafrok Vanessy i zaoferowałam kanapę, na której siedzieli.
Nic w moim domu nie mogło nosić ich zapachu.
Na wizyty lekarskie chodziłam sama. Uczestniczyłam w zajęciach przygotowujących do porodu z parą, która szeptała sobie miłe słowa. Na początku bolało, potem poczułam się silniejsza.
Spokój.
Pewnej nocy dziecko kopnęło po raz pierwszy. Siedząc na skraju łóżka, płakałam w dłonie, nie ze strachu, ale bo w końcu zrozumiałam:
To dziecko jest moje. Całkowicie moje.
Dwa lata później pojawił się Mark — człowiek miły, cierpliwy i ludzki.