„Jesteś pewien, że chcesz wyjść?”
„Już to zrobiłem.”
„Jesteś pewien, że chcesz wyjść?”
„Już to zrobiłem.”
Zapadła cisza. Potem cicho: „Gdzie jesteś?”
"Pieszy."
„W sukni ślubnej?”
Spojrzałem w dół. Koronka lekko ciągnęła się po chodniku.
"Tak."
„Dobrze” – powiedziała stanowczo. „Wsiądź w taksówkę. Przyjedź do mnie. Już.”
Elise mieszkała w lofcie w SoHo – ceglane ściany, wysokie okna, przestrzeń, która wyglądała na starannie urządzoną, ale nigdy pretensjonalną. Kiedy przyjechałem, czekała na dole w legginsach i bluzie z kapturem, z włosami spiętymi w pospiesznie upięty kok.
Nie zadała więcej pytań.
Ona po prostu mnie objęła.
I wtedy pojawiła się pierwsza rysa na moim opanowaniu.
To nie jest awaria.
Tylko drżenie.
Na górze nalała kawy i podała mi jeden ze swoich za dużych swetrów. Przebrałam się w jej łazience, starannie składając suknię ślubną, zamiast zrywać ją teatralnie. Nie byłam zła na suknię. Nic jej nie dolegało.
Kiedy wyszłam na zewnątrz ubrana w bawełnę i ciepło zamiast jedwabiu i iluzji, Elise przyglądała się mojej twarzy.
„Nie wyglądasz na załamanego” – powiedziała ostrożnie.
„Nie jestem” – odpowiedziałem. „Jestem rozczarowany”.
„To jest gorsze” – mruknęła.
Siedziałam przy kuchennym blacie, trzymając w dłoniach kubek.