W wieku 36 lat postanowiłem poślubić kobietę, którą wszyscy we wsi

„Jesteś pewien, że chcesz wyjść?”

„Już to zrobiłem.”

Zapadła cisza. Potem cicho: „Gdzie jesteś?”

"Pieszy."

„W sukni ślubnej?”

Spojrzałem w dół. Koronka lekko ciągnęła się po chodniku.

"Tak."

„Dobrze” – powiedziała stanowczo. „Wsiądź w taksówkę. Przyjedź do mnie. Już.”

Elise mieszkała w lofcie w SoHo – ceglane ściany, wysokie okna, przestrzeń, która wyglądała na starannie urządzoną, ale nigdy pretensjonalną. Kiedy przyjechałem, czekała na dole w legginsach i bluzie z kapturem, z włosami spiętymi w pospiesznie upięty kok.

Nie zadała więcej pytań.

Ona po prostu mnie objęła.

I wtedy pojawiła się pierwsza rysa na moim opanowaniu.

To nie jest awaria.

Tylko drżenie.

Na górze nalała kawy i podała mi jeden ze swoich za dużych swetrów. Przebrałam się w jej łazience, starannie składając suknię ślubną, zamiast zrywać ją teatralnie. Nie byłam zła na suknię. Nic jej nie dolegało.

Kiedy wyszłam na zewnątrz ubrana w bawełnę i ciepło zamiast jedwabiu i iluzji, Elise przyglądała się mojej twarzy.

„Nie wyglądasz na załamanego” – powiedziała ostrożnie.

„Nie jestem” – odpowiedziałem. „Jestem rozczarowany”.

„To jest gorsze” – mruknęła.

Siedziałam przy kuchennym blacie, trzymając w dłoniach kubek.