"Ale?"
W wieku 36 lat postanowiłem poślubić kobietę, którą wszyscy we wsi
„Ale jestem ciekaw.”
Elise zmrużyła oczy.
„Ciekawość to początek horrorów.”
Uśmiechnąłem się lekko.
„Nie czuję się zagrożony” – powiedziałem szczerze. „Czuję się… oderwany”.
I to była prawda. Nazwa nie niosła już ze sobą ładunku emocjonalnego. Czułem się, jakbym czytał o nieznajomym w artykule w gazecie.
Jednak pytania bez odpowiedzi mają swoją wagę.
Tego wieczoru, siedząc sam w swoim mieszkaniu — tym samym miejscu na Upper East Side, którego kiedyś wspólnie z Adrianem szukaliśmy — napisałem odpowiedź.
Za co przepraszasz?
Trzy kropki pojawiły się niemal natychmiast.
Za czas. Za to, że w ogóle istniejecie w swoim małżeństwie.
Wpatrywałem się w te słowa.
Bezpośredni.
Niespodziewanie odpowiedzialny.
Nie zmusiłeś go, żeby poszedł – odpowiedziałem.
Tym razem zapadła cisza.
Następnie:
Nie. Ale wiedziałem, że się żeni.
To sprawiło, że mój kręgosłup się wyprostował.
Skontaktowałeś się z nim mimo wszystko, napisałem.
Tak.
Żadnych wymówek. Żadnego dramatyzmu.
Po prostu tak.
Nie wiedziałem, czego się spodziewać – może defensywności. A może sentymentalizmu. Zamiast tego wydawała się opanowana.
Dlaczego? – zapytałem.
Na odpowiedź trzeba było czekać dłużej.
Bo zdałam sobie sprawę, że sześć lat temu popełniłam błąd. I nie chciałam spędzić reszty życia, zastanawiając się, co by się stało, gdybym o niego walczyła.
Po raz kolejny szczerość.
Dziwne, że w obu przypadkach jest to spójne.