W wieku 36 lat postanowiłem poślubić kobietę, którą wszyscy we wsi

Słowa były proste. Spokój.

Jednak coś pod nimi mnie zaniepokoiło.

„Co takiego mogłoby wymagać uwagi akurat tej nocy?” – zapytałem delikatnie. Nie oskarżałem – po prostu byłem zdezorientowany.

Jego uśmiech był słaby. Zbyt słaby.

„To nie potrwa długo” – powiedział. „Obiecuję, że wkrótce wrócę”.

Drzwi cicho zamknęły się za nim.

Kliknięcie zatrzasku rozległo się głośniej, niż powinno.

Na początku powtarzałam sobie, żeby się tym za bardzo nie przejmować. Może to kwestia logistyczna, która pojawiła się w ostatniej chwili. Sprawa rodzinna. Jakiś szczegół, który pozostał nierozwiązany. Śluby pozostawiają niedokończone sprawy. Życie wtrąca się nawet w święta.

Siedziałam na skraju łóżka, wciąż w szlafroku, i wpatrywałam się w światła miasta w dole. Taksówki przemykały przez skrzyżowania niczym niespokojne myśli. W oddali wyły syreny. Gdzieś ktoś się śmiał.

Czas się dłużył.

Sprawdziłem telefon.

Brak wiadomości.

Minęło trzydzieści minut. Potem godzina.

Zdjęłam kolczyki. Zsunęłam szpilki. Znów podeszłam do okna.