Wiatr od Zatoki San Francisco wiał małymi, chłodnymi, łagodnymi falami

Wiatr znad Zatoki San Francisco wiał małymi, chłodnymi, łagodnymi falami, na tyle silnymi, by unieść rogi ciężkich czarnych tog i wprawić złote frędzle w drżenie niczym nerwowe metronomy. Z mojego miejsca wśród innych absolwentów z wyróżnieniem widziałem całą wannę Teatru Greckiego skąpaną w porannym słońcu – mozaikę rodzin z aparatami fotograficznymi, kwiatami i wachlarzami. Gdzieś za ostatnimi rzędami uliczny muzyk grał na trąbce, a dźwięki spłynęły ku nam niczym okrążenie zwycięstwa.

Powinnam czuć się lekko, pochłonięta chwilą. Zamiast tego żołądek miałam ściśnięty jak pięść.

Rozglądałem się po tłumie, jak człowiek wyszukuje wyjście awaryjne, nawet o tym nie myśląc. Nawyk. Odruch wyuczony w dwupiętrowym domu w stylu kolonialnym w Hinsdale w stanie Illinois, gdzie najmniejsza zmiana w tonie głosu mojego ojca wystarczała, by uciszyć cały pokój.