Zmiana nie była widoczna gołym okiem, ale czuło się ją w żołądku, niczym niepokój przed burzą. Więźniowie jedli wolniej, zerkając ukradkiem na ostatni stół i zastanawiając się, czy starzec będzie dziś milczał.
Artur wszedł do jadalni miarowym krokiem, jak człowiek przyzwyczajony do kalkulacji każdego ruchu. Nie wydawał się ani przestraszony, ani zły. Miał ten sam spokojny wyraz twarzy, jak dziadek w kolejce do lekarza rodzinnego. Ale w powietrzu coś się napięło, niczym nić naciągnięta do granic możliwości.
Ursu’ Kelan już tam był, siedział z rozstawionymi nogami niczym kogut na noszach. Śmiał się ze swoją bandą, od czasu do czasu uderzając dłonią w stół, żeby pokazać, kto tu rządzi.